Deja vu

Obejrzałam wczoraj wieczorem jeszcze raz „Drogę życia” Estevareza. No prawda, że Martin Sheen nie ma tam bąbli na stopach i że ciągle jest ładna pogoda, ale film jednak oddaje ducha Camino. Oczywiście, że nie we wszystkich aspektach, ale do tego stopnia, że łezka mi się w oku kręciła raz po raz…

A Rosario dosłał mi jeszcze porcję zdjęć. No ale już wystarczy :-)

Już w domu…

Camino-de-santiago

Wszystko dobre co się dobrze kończy… ale dowiedziałam się, że mam się nie martwić, bo kto raz trafił na Camino, ten z pewnością tam wróci!

Powyżej mapka z moim szlakiem. Zrobiłam na piechotę około 780 km. W 28 dni. W warunkach pogodowych charakterystycznych dla wszystkich czterech pór roku. Dało się! Nauczyłam się, że wszystko, co człowiekowi jest do życia potrzebne (oczywiście pomijając skrajne sytuacje np. zdrowotne), może nieść ze sobą. A jeśli nie może, to znaczy, że za dużo niesie i powinien ograniczyć potrzeby :-) Ani razu zatem nie oddawałam plecaka do przewiezienia taksówką (owszem, taki serwis jest dostępny za 3 – 5€) ani kawałka nie przejechałam autobusem ani innym środkiem transportu poza własnymi nogami. Zdarzało mi się brać hotel, ale myślę, że to nie dyskwalifikuje mnie jako pielgrzyma (wbrew temu, co napisałam w nagłówku, po zakończeniu przedsięwzięcia jednak z dumą nazywam siebie pielgrzymem). Spotkałam wielu nieprzeciętnych ludzi a ci przeciętni też okazywali się bardzo interesujący, miałam wiele wzruszeń i mnóstwo czasu na przemyślenia – jednak myślenie podczas wędrówki po Mesecie ma inną jakość niż myślenie podczas leżenia na własnej kanapie. Z uwagi na trudny dla mnie do pogodzenia się fakt, że jednak jestem potrzebna w biurze, kolejne Camino nie nastąpi tak szybko, jakbym chciała, to jednak utrzymuję się w stanie gotowości do drogi, tylko muszę kupić nowe sznurówki do butów :-)

Nagród ciąg dalszy…

Obrazek

20130522-195015.jpg

No i kto przed katedrą? Cezar i Rosario :-)

Po mszy poszliśmy na obiad do Casa Manolo (gdzieżby indziej!), potem szwędaliśmy się po mieście mając nadzieję na spotkanie Gerdy i Jurgena. Na próżno. Stwierdziliśmy zgodnie, że głupio tak chodzić bez sensu i bez plecaków :-) Trochę czasu spędziliśmy na placu przed katedrą świadcząc darmowe (niestety) usługi robienia zdjęć. Potem upewniliśmy się z Rosem, że Cezar wsiadł do właściwego pociągu i znów wróciliśmy pod katedrę. Ros poszedł po swoje rzeczy, a ja znów do św. Jakuba, bo zapomniałam Mu wczoraj powoedzieć o jeszcze jednej rzeczy. Nie mogłam uwierzyć, że w krypcie nie ma nikogo! (wczoraj była kolejka)

Głupio tak… wczoraj jeszcze byliśmy pielgrzymami, mieliśmy cel… a dziś jesteśmy zwykłymi turystami, dostaliśmy kwit i nikogo już nie obchodzi nasz credential ani to że mamy „w nogach” po bez mała 800 km… echhh… takie życie…

Jestem już w drodze na lotnisko. Za niecałą dobę będę, mam nadzieję szczęśliwie w domu, a my widzimy się w sobotę. Kto nie ma jeszcze hasła dostępu? :-)

Botafumeiro

Dopiero wczoraj przeczytałam, że Botafumeiro, ta wielka kadzielnica jest uruchamiana 12 razy do roku, w wielkie święta, albo jak „co łaska” wyniesie 400€. Jednym z tych dni jest 23 maja, więc byłabym o dzień za wcześnie, ale mój trud pielgrzymi został wynagrodzony po wielokroć, bo nie dość, że dziś po mszy ale przed błogosławieństwem Botafumeiro zostało wprawione w ruch, to jeszcze zupełnie przez przypadek stanęłam w takim miejscu, że fruwało prawie nad moją głową! To kolejny znak! (ale czego???)

Msza bardzo uroczysta, koncelebrowana, na początku odczytane zostały statystyki, ile osób z jakich krajów dotarło do Santiago poprzedniego dnia. Wiele wzruszeń, bo spotkałam ludzi, z którymi spotykałam się na szlaku. Nawet jeśli przelotnie, to dziś witaliśmy się jak bliscy, którzy odnaleźli się po wojnie…

 

Santiago by night

Obrazek

20130521-233037.jpg

Kąpiel i drzemka jak rzadko co zmieniają człowiekowi perspektywę widzenia na o wiele bardziej optymistyczną. 20.30 to tu jeszcze środek dnia (pamiętacie z geografii: 1 stopień = 111 km = 4 minuty), więc poszłam jeszcze raz zobaczyć katedrę. Niestety właśnie o tej porze zamykają ją dla zwiedzających, więc przeszłam się po uroczej starówce. Jeszcze pod katedrą spotkałam małżeństwo Hiszpanów, których „znam” jeszcze z Hontanas – wyściskaliśmy się, jak najbliższa rodzina, potem pomachałam kilkorgu innym „znajomym” z Camino (wystarczyło raz w ciągu tych 800 km się pozdrowić) a zaraz potem spotkałam Ewę, Angela (tego od rzęs), Manolo, który naprawił mi kijek i Ferdynanda. Wszyscy razem poszliśmy na kolację i… tak się zeszło. Ewa powiedziała, że po mieście krążą gdzieś Ros i Cezar (z którym się już nie zobaczę, bo rano ma pociąg do Madrytu), Bernard, starszy z Francuzów jest już w drodze do domu pod Niceą, Thierry przysłał pozdrowienia już z drogi do Fisterra. Pewnie jeszcze kilkoro znajomych spotkam jutro przed/ po mszy. I po Camino… chociaż niektórzy twierdzą, że ono właśnie się zaczyna…

Compostela

Obrazek

20130521-181516.jpg

prosto z katedry poszłam do biura pielgrzymów odebrać ten oto dokument. Okazało się, że przez moją niechęć do zbierania pieczątek mało co bym jej nie dostała, bo zapomniałam, że od Sarii trzeba zbierać po dwie dziennie, a ja stemplowałam credential (paszport pielgrzyma) tylko w miejscach noclegów. Powiedziałam pani, która wystawia te dokumenty, żeby popatrzyła sobie na moje buty i opalone w specyficzny sposób dłonie i uznała, czy przejechałam trasę autobusem, czy przeszłam pieszo…

Compostelę jak widać dostałam :-)

Na dodatek miałam szczęście, bo było niewiele osób i prawie żadnej kolejki. Podobno wczoraj i przedwczoraj nadciągnęły nieprzebrane tłumy pielgrzymów i trzeba było stać w kolejce nawet ponad godzinę!

Dzień 28, Brea – Santiago de Compostela, 26 km

Obrazek

20130521-175656.jpg

Z jednej strony nie mogłam się doczekać celu mej wędrówki i tych wzruszeń, o których pisała Ela, a z drugiej nie chciałam, żeby moje Camino już się skończyło, powłóczyłam więc noga za nogą nie mogąc się zdecydować, która opcja zwycięży. W Monte do Gozo, podobno ważnym dla Polaków miejscem z brzydkim pomnikiem upamiętniającym pielgrzymkę Jana Pawła II i albergą na 400 osób uznałam, że nie chcę tu zostawać i idę do Santiago. Szło się ciężkawo, bo cały dzień było zachmurzenie i powietrze jak przed deszczem. Przejaśnienie i wyglądające zza chmur słońce pojawiło się, jak dotarłam do starówki i uznałam to za znak (ale czego??? :-))

Wzruszenie, takie prawdziwe, dopadło mnie na schodach oszałamiającej z zewnątrz katedry. Zniknęło zupełnie w środku. Pełno turystów migających i pstrykających aparatami fotograficznymi, prowadziło sobie bez mała na głos pogawędki, jakieś sklepy z pamiątkami (przydałby się Jezus z pejczem), kolejka do grobu św Jakuba, w której też stanęłam (przecież pielgrzymuje się do grobu Apostoła!) składająca się głównie z osób, których celem jest zrobienie zdjęcia tej srebrnej urnie z relikwiami, Portal Chwały w remoncie, zasłonięty rusztowaniami, z tego wszystkiego zapomniałam obejrzeć kadzielnicę. Jutro przyjdę tu na mszę dla pielgrzymów w południe, może wrażenia się poprawią.

Na razie proces był ważniejszy niż rezultat.