Dzień 7, Logroño – Navarrete, 13 km, etap 1

Leciutko siąpi, ale trzasnęłam tych 13 km za jednym podejściem, bez przystanku. Siedzę sobie teraz w barze w Navarrete i myślę, czy dam radę jeszcze 16,5 do Najera. Obawiam się, że nie mam wyjścia :-)

Dostałam wczoraj mail od Ani, z kuszącą propozycją dołączenia do damskiego wieczorku z tańcem brzucha (mało kto wie, że ukończyłam kurs tegoż podczas pamiętnego obozu w… Ciechocinku, bodajże w 2005 i posiadam wszelkie akcesoria, tzn brzuch oraz specjalną chustę z doszytymi brzęczącymi pieniążkami :-)) Ania pisała też o tym, że może wybrałaby się w tym roku do Częstochowy. Rodzima pielgrzymka na Jasną Górę, to jedno z pierwszych skojarzeń, jakie przychodzą rodakom do głowy, kiedy wspominałam o drodze św. Jakuba. W moim przekonaniu więcej różni te dwie rzeczy niż łączy. Camino każdy zaczyna i kończy wtedy kiedy i gdzie chce. Tzn . zwyczaj każe skończyć ją oczywiście w Santiago i przejść minimum bodajże 100 km, żeby dostać certyfikat. Ale czy certyfikat jest najważniejszy? Ela która przeszła chyba 200 km i „ma zaliczone” wspomina o tym, że chętnie by wróciła na szlak i przeszła całość. Nie mam gwarancji, że mnie się uda tym razem przejście całego dystansu. Do Santiago mam jeszcze jakies 575 km i wiele się może zdarzyć. Nigdy nie szłam do Częstochowy, ale nie sądzę, żebym dała radę się skupić słysząc cały czas przez skrzeczący megafon głos kleryka wyśpiewującego popularne pieśni religijne, idąc w tłumie, w tempie tego tłumu i robiąc przystanki na rozkaz, modląc się na rozkaz. Może to błędny obraz, ale taki właśnie mam w świadomości, jeśli chodzi o pielgrzymkę na Jasną Górę.

Camino też nie jest za karę. Kto wie, może są ludzie, którzy w ten sposób są odkupić jakieś swoje przewinienia (czy skutecznie???), wśród ponad 200 tys ludzi jest z pewnością 200 tys. powodów. Nienawidzę stereotypowego myślenia, dlatego usunęłam głupi moim zdaniem komentarz Staszka dotyczący Shirley McLane. Kto jest bez winy niech pierwszy… Nie odważyłabym się oceniać, kto za co i w jaki sposób powinien pokutować, zwłaszcza i przede wszystkim jeśli chodzi o osoby, o których życiu wiem tyle co nic. Podobno księża mają kwalifikacje w tej kwestii.

Oczywiście prezes ASN żartuje sobie ze mnie i z moich grzechów :-) od pierwszego dnia, kiedy usłyszał, że się wybieram, a był jedną z pierwszych osób, którym powiedziałam, ale Jemu wolno. Wolno też mojemu tacie ( który nie zdaje sobie chyba sprawy na co się porwałam, więc nie komentuje :-), mama jest ponadto) i może… Reni. Renia mnie zna jak mało kto i wie, że wolałabym się pyrgnąć te 8 stów jeszcze raz, gdyby miało to odkupić zrobienie czegoś, na co na prawdę miałabym ochotę :-)

Dobra. Idę :-)

Dzień 6, Sansol – Logroño, 21 km.

Dziś lajtowo. Następne miejsce na szlaku, gdzie jest możliwość noclegu to Navarrete, 13 km stąd. Pewnie i bym doszła, ale zaczęło siąpić, a wczoraj w Sansol miałam okropną noc. Nie chciało mi się już iść kilometr dalej, do Los Arcos z pięknym oktagonalnym kościołem, którego nie widziałam :-) (może kiedyś…) oraz co najmniej trzema albergami i zatrzymałam się w malutkiej, jedynej w Sansol alberdze. 12€ nocleg i kolacja. Przywitała mnie w sionce kobieta, która wygląda prawie dokładnie tak, jak Ann Lebovitz (zaraz wrzucę jakieś zdjęcia), jak okazało się, Amerykanka, też peregrina i mówi: jak chcesz to możesz spać ze mną w pokoju  (lekko się zmieszałam, bo wiecie, Ann to teges…), hospitaliera (gospodyni) gdzieś poszła. No ok, wrzuciłam tam plecak, maluteńki pokój: dwa żelazne piętrowe łóżka i jakaś obrzydliwie zielona, przedpotopowa sofa, straszny bałagan i poszłam zdjąć buty (w albergach jest zwyczaj, że buty zostawia się w holu). Jak się okazało śpi z nami jeszcze jedna osoba, bardzo fajna Holenderka, Hanka. Załapałam się jeszcze na kolację (sałata i tortilla z ziemniakami, oraz, jak zawsze, bagietka i wino), w całej alberdze było jeszcze sześćdziesięcioparoletnie rodzeństwo.z Włoch, Daniela i Massimo, dwie dziewczyny z Argentyny i… Wiesiek! Jak się okazało, że znalazł rodaczkę, to nastąpiła wymiana standardowych informacji: kiedy zaczęłaś, skąd idziesz etc. Wiesiek trzymał się kurczowo rozpiski w przewodniku i prawie się ze mną pokłócił, jak mu powiedziałam, że to mój piąty dzień (jak to! Przecież tu jest napisane, że w Sansol ma być szósty a nie piąty dzień!) Wolałam pogadać z Hanką. Jak się Wiesiek dowiedział, że Hanka jest z Amsterdamu, to zaczął się chwalić, że on też tam raz był i widział ulicę czerwonych latarni. Oess… Ponieważ oczekiwał, że to przetłumaczę (bo Wiesiek tylko niemiecki…), to wolałam iść po aparat, stąd mam zdjęcia. Jak wróciłam, to ten cały czas o tych latarniach, więc postanowiłam zmienić temat i mówię, że z Holandii idzie na Camino co rok o 1/3 więcej ludzi niż z Polski. A Wiesiek na to, że to oczywiste, bo przecież Polacy nie mają pieniędzy, a on wie, co to euro, bo pracował 25 lat w Austrii i teraz wrócił na emeryturę do Warszawy, dostaje ją w eurach (powiedział: w euro), to go stać! Ech… postanowiłam iść spać. Łóżka żelazne, skrzypiące, nade mną spała bardzo przeziębiona, cały czas kaszląca Hanka, zimno jak 100 diabłów! Spałam w polarze, skarpetach, zasunięta w śpiworze pod szyję i jeszcze pod kocem a i tak pół nocy dygotałam i czułam, pomimo całej sympatii dla biednej Hanki, że spadają na mnie jej wszystkie prątki. Te prycze też strasznie niewygodne – obudziłam się cała połamana. Rano Hanka powiedziała mi, że kilka dni przed Camino dowiedziała się, że jest w ciąży i pyta mnie co robić (???) Ja jej na to, że nie wiem, ale ja bym wracała natychmiast do domu. Camino poczeka. Nie wiem, co zadecydowała, bo jak się okazało, że nie ma szansy ani na śniadanie, ani chociaż na kawę to ruszyłam w drogę. Kawa i śniadanie było we Vianie, po chyba 12 km. Tamże zmieniłam buty na buciory, bo zbierało się na deszcz i postanowiłam, że ciut dziś odpocznę i wezmę hotel zamiast schroniska. Kilka osób spotkanych po drodze (nie tylko Wiesiek) potwierdziło, że jestem i tak jeden dzień do przodu w stosunku do innych, startujących tego samego dnia co ja z St. Jean, mogę więc ciut odpuścić.

Jestem w stolicy regionu La Rioja (opuściłam już Navarrę), dosyć tu industrialnie, ale może, jak przejdę kawałek, to będzie więcej winnic niż autostrad. W hotelu okazało się, że pranie zabierają o 16 najpóżniej, musiałam więc zrobić przepierkę sama, ale cale szczęście prysznic wyłącznie dla siebie i szerokie, wygodne łóżko to to, co już i tak zapewnia mi wystarczający komfort :-)

Szłam dziś caly czas sama. Pomyślałam, że chętnie bym wróciła kiedyś na Camino, zrobiła ją jeszcze raz, bardziej relaksacyjnie, zwiedzając wszystkie oktagonalne kościoły i średniowieczne łaźnie dla pielgrzymów, ale teraz chcę po prostu ją przejść…