Dzień 11. Burgos – Hontanas, 31 km

Znów się zagalopowałam. Jak się zatrzymałam na obiad, to sama byłam zdziwiona, że to już 20 km i te 11 pozostałe poszły jakoś same z siebie. Rano w Burgos nauczyłam się czegoś nowego: wodę na kawę można ugotować w mikrowelli. Well…

Natomiast alberga tutaj jest zdecydowanie najgorsza, w jakich dotąd spałam. Okropne, chwiejące się, żelazne łóżka (śpię na dodatek na górze) i co gorsza zimny prysznic. Ale wioska cała jest pełna ludzi i wszyściutko zajęte :-(

Wygląda na to, że i tak mialam szczęście, bo ludzie ciągle przychodzą i są odsyłani. Jutro na prawdę trochę odpuszczę i skończę dzienną wędrówkę kołomobiadu, o ile znajdę dobre miejsce do spania. Wygląda na to, że w Burgos zaczęło Camino bardzo dużo ludzi. Jedyna dobra rzecz, to taka, że spotkałam Madagaskarczyka :-)

A jeszcze o samej drodze. Większość prowadziła przez Mesetę, więc: płasko,  prosto, monotonnie. Na dodatek coś mi się stało z odtwarzaczem audiobooków, bo jednak postanowiłam wyłączyć Dostojewskiego po tym, jak wlokłam się wczoraj późnym popołudniem na ostatnich nogach do Burgos, a w książce Mikołko z kolesiami właśnie dramatycznie dobijali tę biedną chabetę :-(