Dzień 12. Hontanas – Boadilla, 29 km

Dziś znów nie udało mi się zrobić mniej :-)

Chciałam opuścić to benadziejne Hontanas tak szybko, jak to możliwe, więc o 6:50 byłam już w drodze, be śniadania i bez prysznica. W pierwszym barze w San Anton, po niecałych 6 km znów spotkałam dwa absolutne przeciwieństwa, które jakoś się przyciągają, w każdym razie od czasu, kiedy spotkali się w Logroño: tego wariata, Rosario i spokojnego, misiowatego Hiszpana, Cezara (ja ich znam od pamiętnego noclegu w kościele w Grañón) Śmiesznie wyglądają czasem z daleka, jak Cezar idzie spokojnie, z rękami założonymi do tyłu pod plecakiem (też ma baby-size plecak) a obok niego Ros wymachując łapami :-) Zaraz potem dołączyła Birgit z Niemiec i Gerda z RPA i w tym interesującym towarzystwie dotarłam do Boadilla. Cezar zarezerwował nam miejsca w tej niebywałej alberdze, która bardzo przypomina mi bar „U Sternika” pod Wałczem :-)

Ros, Włoch, mówi do Cezara, Hiszpana po hiszpańsku, a Cezar odpowiada po włosku :-) Całe szczęście w tej grupie mamy wspólny język – angielski. Wśród pielgrzymów krąży historyjka o dwóch Koreańczykach, którzy zaczęli Camino mówiąc jedynie w swoim rodzimym języku, a w Santiago okazało się, że porozumiewają się spokojnie po angielsku i hiszpańsku:-) Dzięki towarzystwu Cezara, który załatwia nam bieżące sprawy logistyczne w tych dniach nie rozwijam znajomości hiszpańskiego, natomiast okazuje się, że całkiem nieźle radzę sobie z niemieckim i francuskim, ale po francusku niestety za mało,  żeby więcej uszczknąć np. od Madagaskarczyka, który jest niebywale ciekawym człowiekiem! Ciekawe, czy go jeszcze tu spotkam…

Teraz siedzimy sobie, po prysznicu, praniu, przekłuciu bąbli, całą międzynarodową bandą, czekamy na kolację popijając co kto lubi. Ja: vino tinto :-) Acha, nocleg: 6€, kolacja (pewnie z 3 dań: 9€)