Dzień 16, Bercianos del Camino – Mansila de las Mulas, 26 km

330 km do Santiago. Staram się wrócić do normy z dziennymi dystansami ale jest ciężko. W ogóle cały dzień był jakiś nie teges. Całe szczęście Ania zadzwoniła z dobrymi wiadomościami z Warszawy, a potem Piotr (vel Hobbit) pstryknął sms, że Grant jest rewela :-) Piotr, o co chodzi z tą wróżką-zębuszką?

Wstałam późno, za 15 siódma, tak dobrze mi się spało w Santa Clara. O ósmej byłam w drodze. Lało. Przetarło się koło pierwszej, wtedy zarządziłam zmianę butów. Z przemoczonych doszczętnie treków na bąblogenne asicsy. Ale odczułam niejaką ulgę mając znów suche i ciepłe stopy. I lżejsze buty. W każdym razie poruszam się w dalszym ciągu w stylu i z prędkością gąsiennicy. Jak zmieniałam buty i plastry na moich bąblach, to przejechało kilku rowerzystów (sporo ich na Camino, robią jakieś 50 km dziennie. Limit dla rowerów, żeby „zaliczyć” Camino, to 200 km). Patrząc na te rowery pomyślałam, że wolę mieć bąble na stopach niż w miejscu, gdzie rowerzysta styka się z siodełkiem roweru…

W każdym razie jestem już w alberdze municypalnej w Mansilla de las Mulas. Całe szczęście nie było problemu z miejscami, mam nawet dolne łóżko. Spotkałam też staaaaaarych znajomych: Gerdę z RPA i Bernarda oraz Thierrego, moich ulubionych od wczoraj Francuzów. Jest też Tonia z Bułgarii (poznałam po butach) ale jej nie szukałam, bo nie mam ochoty na rozmowy po rosyjsku. Wszyscy zalegają na łóżkach, albo siedzą w barze, gdzie i ja… Bar pełni też rolę sklepu. Wiszą tu wielkie, suszone, hiszpańskie szynki. I pachną. Dobra. Idę pod prysznic.

Acha, obie z Gerdą zgodnie przyznałyśmy, że Thierry jest cool :-)