Świetlica w alberdze w La Virgen del Camino

Obrazek

20130510-192806.jpg

czuję się tu jak w Ikei.. dużo ludzi, ale każdy jakoś z osobna… nie czuje się tu ducha Camino. Jest za bardzo przemysłowo. Na dodatek ktoś gotuje jakieś pyszności w kuchni za regałem z książkami, a ja mam na kolację dwie pomarańcze i czekoladowy wafelek schowany na czarną godzinę, która właśnie nadeszła. Nie dość, że nie chce mi się iść do sklepu, to o gotowaniu już zupełnie nie ma mowy a w pobliżu nie widziałam żadnego baru. Z resztą nawet jakby był, to nie szłabym nawet 50 m…

Dzień 17, Leon – La Virgen del Camino, 8 km, etap 2

To Virgen to jakiś tutejszy Raszyn. Nawet do lotniska blisko. Cieszę się, że wyszłam już z tego Leona drogą na tyłach jakichś leklerków i innych ogromnych budynków. Wygląda na to, że kolejny etap też będzie wzdłuż autostrady. Bleeeee.

Do Santiago podobno już tylko 304 km. To jak z Warszawy do Poznania :-)

A propos Poznania, to spotkałam dziś w Leonie trójkę Poznaniaków, których poznałam parę dni temu. Zrobili sobie przerwę turystyczną i obfotografowali katedrę. Jak to Poznaniacy…

A w ogóle to mam dobrą wiadomość na skalę europejską! Mój kijek, który złożyłam ciężarem własnego ciała w błocie przy podejściu na Alto de Perdon, i który próbowało bezskutecznie naprawić dwóch Niemców, został dziś naprawiony przez jednego Hiszpana, który nie mógł patrzeć, jak rujnuję sobie kręgosłup idąc z jednym kijem o 20 cm krótszym! Ole!

Dzień 17, Mansilla – przedmieścia Leon, 18 km, etap 1

Pokonałam ten etap bez przerwy w barze, przysiądłszy sobie tylko na chwilę na ławeczce pod kasztanem. I tak doczłapałam się prawie do Leon. Nie lubię tu dużych miast. Spokojnie bym się obyła bez wspaniałych zabytków Pamplony, Burgos czy Leon oby tylko nie musieć przechodzić przez te ciągnące się przedmieścia z jakimiś magazynami, dealerami samochodowymi, prowadzące zwykle wzdłóż autostrad. Tęsknię za lasami, pagórkami i winicami Navarry. To był najpiękniejszy jak do tej pory etap Drogi.

Jedna ważna sprawa, bo ludzie tkwią jednak w zaciśniętych kleszczach stereotypów: nie idę dlatego, że znalazłam się na tzw życiowym zakręcie, nic nie muszę prostować, nie potrzebuję też jakiejś dramatycznej zmiany w moim życiu. Nie idę także za karę (o pokucie pisałam kilka dni wcześniej). Camino to raczej nagroda :-) Idę bo idę. Po prostu. Jeśli trudno to zrozumieć, to nic na to nie poradzę. Nie czuję się zobowiązana do tłumaczenia tego, ani specjalnie mi nie zależy na rozumieniu w tej kwestii. A że taki spacer sprzyja przemyśleniu sobie różnych spraw, które leżą mi i na sercu i na wątrobie, to już value added :-)