Dzień 21, Riego de Ambros – Cacabelos, 28 km

Przed południem piękne krajobrazowo i trudne technicznie zejście z Riego de Ambros do Molinaseca  wśród bujnie  porastającej zbocza, kwitnącej na biało, pachnącej rośliny a raczej krzewu retama, tak przynajmniej informował Angel (czyt.: anHel, prawdziwy anioł, lat ok. 30, ze 2 metry wzrostu, rzęsy o gęstości szczotki ryżowej). Rzucające się w oczy zalety Angela nie były jednak wystarczające do tego, żebym wczoraj zrobiła jeszcze te 4 km do Molinaseca, miałam więc miły poranek. I na dodatek szłam przez góry zupełnie samiutka, ptaki się darły, jak obdzierane ze skóry, retama pachniała, bossssko było!

Potem już gorzej. Znów cywilizacja. I ta okropna Ponferrada z jakimś dziwacznym zamkiem Templariuszy. Obraziłam się na nią śmiertelnie, bo miałam wrażenie, że chodzę w kółko. Jestem przyzwyczajona, że słońce mam z lewej strony, a w Ponferradzie było z każdej! Za karę nie zrobiłam jej żadnego zdjęcia.  Acha, i żółtych strzałek jak na lekarstwo. Nie podobało mi się. Potem kolejne nużące kilometry w upale do tego Cacabelos i skończyło się na tym, że wzięłam hotel :-)

No i kupiłam bilety na powrót. 22-go późnym wieczorem lecę do Madrytu, potem rano do Paryża i z Paryża do Warszawy. Może zdążę skoczyć po te baleriny :-) Znaczy to, że muszę się i tak spinać wędrowniczo, żeby 22-go być w Santiago na mszy dla pielgrzymów, która jest w Katedrze w południe i odebrać potem Compostellę, a mogą być kolejki, bo codziennie  dociera tamże już ok 800 osób!

Zostało mniej niż 200 km.