Prezent od Natury na koniec dnia

Obrazek

20130515-211444.jpg

jutro niestety nie będzie już taka hojna. Na El Cebreiro mają być 3 stopnie, ubiorę się więc pewnie we wszystko co mam i jeszcze owinę złotym kocem, który dostałam na maratonie w Poznaniu.

A teraz strasznie się rozpadało, deszcz wali o dach i słychać jak wieje. teraz to miło, leżeć sobie w śpiworze i pod kocem, a najważniejsze – pod dachem, ale jutro w górach może nie być już tak uroczo…

Dzień 22, Cacabelos – Ruitelan, 29 km

Dałam radę :-)

Przed podejściem na El Cebeiro, ostatnią większą górę na Camino (1300 mnpm, ok. 750 m wyżej niż teraz jestem) albergi są co 2 km, można więc zdecydować się na to, gdzie się będzie nocować prawie w każdej chwili. Oczywiście ryzykując, że nie będzie już miejsc. Była dziwna pogoda: duże chmury, wiatr, raz mocne słońce, raz padające krople deszczu, ale przez chwilę. Zaczęło już porządnie padać właśnie w Ruitelan, doszłam do wniosku, że 29 km po byczeniu się w hotelu to wystarczający urobek na dziś i  tu nocuję. Kogo spotykam w drzwiach? Rosario we własnej osobie! Cezar poszedł dalej i nadawał już straszne smsy z El Cebeiro, gdzie podobno pada śnieg. Ros na powitanie puścił swoją ulubioną śpiewkę: o nie! Ta straszna polska kobieta! Ona idzie za mną przez całą drogę! I inne takie :-) za co hospitaliero od razu mnie pokochał i dał mi łóżko co prawda na górnym decku, ale za to podwójne :-) Ros bardzo się przejął moim okiem i rwał się do wpuszczania kropelek, ale dostał po łapach.

Hmm… „jakość” Camino mi nieco spada tak mniej więcej od Leon. Chodzi o energię i atmosferę. Jest dużo więcej nowych ludzi, wielu z malutkimi plecaczkami (znaczy, że duży bagaż wysłali taksówką) z przywiązanymi do nich wielkimi muszlami, którzy nawet nie powiedzą głupiego „hola” mijając cię. Miejscowi też jakby zobojętnieli na pielgrzymów, a wcześniej nie było przechodnia, który do „hola” dodawał obowiązkowe „buen camino” a i nierzadko zagadał coś więcej. Za tym akurat nie tęsknię, bo robiłam tylko głupie miny oznaczające „nie rozumiem hiszpańskiego” :-) No ale korzyść jest taka, że ci „starzy” idący od St. Jean, czy Roncesvalles witają się tym serdeczniej i czuje się swoistą więź weteranów :-)

Miałam nie brać kolacji, ale słyszę, jak hospitaliero śpiewa gotując, i wchłaniając te zapachy napływające z kuchni nabrałam apetytu :-)