Dzień 23, Ruitelan – Triacastela, 30 km

Nie mam w zwyczaju sprawdzać tu prognoz pogody. W ogóle rzadko je sprawdzam.   Zwłaszcza teraz zła pogoda nie zmieni przecież moich planów, skoro trzeba iść do przodu :-) a wszystko co mogę na siebie nałożyć niosę ze sobą więc wszystko jedno. Wczoraj w każdym razie Rosario stwierdził, że idąc w góry trzeba obejrzeć prognozę no i obejrzał… te trzy stopnie i śnieg.  W sumie dobrze, bo pod spodnie założyłam legginsy, w których śpię i dwa t-shirty, jeden z krótkim, jeden z długim rękawem. Na to polar a na wszystko moja wspaniała peleryna. Na początku nawet było mi za ciepło, bo podejście strome, ale szybko okazało się, że ubrałam się akurat. Wszystko byłoby ok, nawet ta śnieżyca na El Cebreiro aż do Alto de Poyo, która potem zamieniła się w deszcz, gdybym po jakichś 4 – 5 godzinach odpuściła sobie marsz i zarządziła nocleg. Tyle, że nie bardzo było gdzie. Tzn albo był tłok, albo coś nie tak. Np. weszłam do jednej małej albergi po drodze licząc na powtórkę klimatów z Ruitelan, ale dziewczyny, które się tam zatrzymały powiedziały, że jest strasznie zimno i nie ma gdzie suszyć rzeczy, co dziś jest sprawą kluczową. Poza tym za 9€. Strasznie drogo, jak na albergę. To odpuściłam i postanowiłam iść aż do Triacasteli, gdzie wg mojej rozpiski jest z pięć alberg w tym jedna o obiecującej nazwie Monastère Bénédictinis. W alberdze municypalnej, największej, tak śmierdziało mieszaniną mydlin, smażonego czosnku i mokrych rzeczy, że się nawet ucieszyłam, że nie ma miejsc. Hospitaliera wykonała ze dwa telefony, jak przypuszczam, do innych alberg i powiedziała, że tam też wszystko zajęte. Wzięła mnie potem do baru obok (widząc chyba, że jestem bliska płaczu, strasznie zmęczona i przemoczona) i tam na migi i innymi sposobami wytłumaczyły mi z barmanką, że mogą mnie zabrać autem 2 km stąd do jakiegoś casa rural , to coś w rodzaju naszej agroturystyki, ale odmówiłam. Wróciłam kilkadziesiąt metrów do pensjonatu, który mijałam i tu się zatrzymałam. Na kolację standardowa pomarańcza, którą znalazłam w plecaku, bo do baru trzeba wyjść na zewnątrz, a rozpadało się na dobre: po prostu leje jak z cebra! Albo spływa z El Cebreiro, u którego stóp leży Triacastela.

Acha, w tym pensjonacie pytam o pokój, a panienka w recepcji mówi, że tak, jest jedynka, BEZ OKNA, za 15€, z łazienką na korytarzu, na 4 piętrze. Poprosiłam, żeby mi ją pokazała, ale w duchu byłam zadowolona, że jest COKOLWIEK (następna miejscowość z albergą za 12 km). Najgorzej mi się nie chciało iść na to 4. piętro, jak się okazało, 3., bo w Hiszpanii nie ma parteru, tylko 1. piętro. W każdym razie przyszło mi do głowy, żeby zapytać o dwójkę. Okazało się, że jest, na ichnim drugim, z oknem i łazienką. Za 40€. Jak zobaczyłam jeszcze wielki, ciepły kaloryfer, to powiedziałam BIORĘ! Wynegocjowałam jeszcze śniadanie w cenie :-)

Obawiam się, że im bliżej Sarrii i potem za Sarrią może już być problem z noclegami w albergach, będę więc próbować rezerwować. Biuro pielgrzymów w Santiago podaje, że dziennie dociera tam na miejsce 700 – 800 osób, więc gdzieś ich trzeba ulokować po drodze, zwłaszcza, że wielu zaczyna wędrówkę właśnie w tych okolicach i w samej Sarrii, bo to już 100 km od Santiago i wystarczy tyle przejść, żeby Camino mieć „zaliczone”. Muszę podpytać Elę, jak to jest, bo Ela zaczynała właśnie w Sarrii.

Cóż, Piotr, przykro mi, że Cię rozczarowałam, ale wierz mi, jestem przeszczęśliwa, że nie stoję dalej na deszczu :-) :-)