Santiago by night

Obrazek

20130521-233037.jpg

Kąpiel i drzemka jak rzadko co zmieniają człowiekowi perspektywę widzenia na o wiele bardziej optymistyczną. 20.30 to tu jeszcze środek dnia (pamiętacie z geografii: 1 stopień = 111 km = 4 minuty), więc poszłam jeszcze raz zobaczyć katedrę. Niestety właśnie o tej porze zamykają ją dla zwiedzających, więc przeszłam się po uroczej starówce. Jeszcze pod katedrą spotkałam małżeństwo Hiszpanów, których „znam” jeszcze z Hontanas – wyściskaliśmy się, jak najbliższa rodzina, potem pomachałam kilkorgu innym „znajomym” z Camino (wystarczyło raz w ciągu tych 800 km się pozdrowić) a zaraz potem spotkałam Ewę, Angela (tego od rzęs), Manolo, który naprawił mi kijek i Ferdynanda. Wszyscy razem poszliśmy na kolację i… tak się zeszło. Ewa powiedziała, że po mieście krążą gdzieś Ros i Cezar (z którym się już nie zobaczę, bo rano ma pociąg do Madrytu), Bernard, starszy z Francuzów jest już w drodze do domu pod Niceą, Thierry przysłał pozdrowienia już z drogi do Fisterra. Pewnie jeszcze kilkoro znajomych spotkam jutro przed/ po mszy. I po Camino… chociaż niektórzy twierdzą, że ono właśnie się zaczyna…

Compostela

Obrazek

20130521-181516.jpg

prosto z katedry poszłam do biura pielgrzymów odebrać ten oto dokument. Okazało się, że przez moją niechęć do zbierania pieczątek mało co bym jej nie dostała, bo zapomniałam, że od Sarii trzeba zbierać po dwie dziennie, a ja stemplowałam credential (paszport pielgrzyma) tylko w miejscach noclegów. Powiedziałam pani, która wystawia te dokumenty, żeby popatrzyła sobie na moje buty i opalone w specyficzny sposób dłonie i uznała, czy przejechałam trasę autobusem, czy przeszłam pieszo…

Compostelę jak widać dostałam :-)

Na dodatek miałam szczęście, bo było niewiele osób i prawie żadnej kolejki. Podobno wczoraj i przedwczoraj nadciągnęły nieprzebrane tłumy pielgrzymów i trzeba było stać w kolejce nawet ponad godzinę!

Dzień 28, Brea – Santiago de Compostela, 26 km

Obrazek

20130521-175656.jpg

Z jednej strony nie mogłam się doczekać celu mej wędrówki i tych wzruszeń, o których pisała Ela, a z drugiej nie chciałam, żeby moje Camino już się skończyło, powłóczyłam więc noga za nogą nie mogąc się zdecydować, która opcja zwycięży. W Monte do Gozo, podobno ważnym dla Polaków miejscem z brzydkim pomnikiem upamiętniającym pielgrzymkę Jana Pawła II i albergą na 400 osób uznałam, że nie chcę tu zostawać i idę do Santiago. Szło się ciężkawo, bo cały dzień było zachmurzenie i powietrze jak przed deszczem. Przejaśnienie i wyglądające zza chmur słońce pojawiło się, jak dotarłam do starówki i uznałam to za znak (ale czego??? :-))

Wzruszenie, takie prawdziwe, dopadło mnie na schodach oszałamiającej z zewnątrz katedry. Zniknęło zupełnie w środku. Pełno turystów migających i pstrykających aparatami fotograficznymi, prowadziło sobie bez mała na głos pogawędki, jakieś sklepy z pamiątkami (przydałby się Jezus z pejczem), kolejka do grobu św Jakuba, w której też stanęłam (przecież pielgrzymuje się do grobu Apostoła!) składająca się głównie z osób, których celem jest zrobienie zdjęcia tej srebrnej urnie z relikwiami, Portal Chwały w remoncie, zasłonięty rusztowaniami, z tego wszystkiego zapomniałam obejrzeć kadzielnicę. Jutro przyjdę tu na mszę dla pielgrzymów w południe, może wrażenia się poprawią.

Na razie proces był ważniejszy niż rezultat.