Już w domu…

Camino-de-santiago

Wszystko dobre co się dobrze kończy… ale dowiedziałam się, że mam się nie martwić, bo kto raz trafił na Camino, ten z pewnością tam wróci!

Powyżej mapka z moim szlakiem. Zrobiłam na piechotę około 780 km. W 28 dni. W warunkach pogodowych charakterystycznych dla wszystkich czterech pór roku. Dało się! Nauczyłam się, że wszystko, co człowiekowi jest do życia potrzebne (oczywiście pomijając skrajne sytuacje np. zdrowotne), może nieść ze sobą. A jeśli nie może, to znaczy, że za dużo niesie i powinien ograniczyć potrzeby :-) Ani razu zatem nie oddawałam plecaka do przewiezienia taksówką (owszem, taki serwis jest dostępny za 3 – 5€) ani kawałka nie przejechałam autobusem ani innym środkiem transportu poza własnymi nogami. Zdarzało mi się brać hotel, ale myślę, że to nie dyskwalifikuje mnie jako pielgrzyma (wbrew temu, co napisałam w nagłówku, po zakończeniu przedsięwzięcia jednak z dumą nazywam siebie pielgrzymem). Spotkałam wielu nieprzeciętnych ludzi a ci przeciętni też okazywali się bardzo interesujący, miałam wiele wzruszeń i mnóstwo czasu na przemyślenia – jednak myślenie podczas wędrówki po Mesecie ma inną jakość niż myślenie podczas leżenia na własnej kanapie. Z uwagi na trudny dla mnie do pogodzenia się fakt, że jednak jestem potrzebna w biurze, kolejne Camino nie nastąpi tak szybko, jakbym chciała, to jednak utrzymuję się w stanie gotowości do drogi, tylko muszę kupić nowe sznurówki do butów :-)