Dzień 1. San Sebastian – Zarautz, 22,2 km


Może tak: netto 22,2 km, bo taką odległość tmiędzy San Sebastian a Zarautz podaje mapa a brutto 25,2 bo tyle pokazało endomondo. Na Camino idzie się po żółtych strzałkach. Swoją pierwszą wypatrzyłam jeszcze na bulwarze.

Zaczęło się jak trzeba, w katedrze w San Sebastian. Pomyślałam, że tam napewno mają credentiale czyli paszporty pielgrzyma, gdzie zbiera się przez całą drogę pieczątki a potem pokazuje w biurze pielgrzymów w Santiago jako dowód przebytej trasy. Lepiej zacząć w katedrze niż na plaży o wiele znaczącej nazwie La Concha :)

Jestem oczarowana San Sebastian. To przepiękne miasto ze spektakularnym bulwarem przy którym La Croisette w Cannes może się schować! Nieżle mi też szły konwersacje po hiszpańsku zarówno z księżmi w katedrze jak i dwoma panami, którzy zaczepili mnie na bulwarze, żeby życzyć mi dobrej drogi, może dlatego, że przeciętnie każdy z nich miał co najmniej 80 lat i był równie przygłuchy, co bardzo miły (łącznie z księżmi) Dzięki jednemu z tych panów utrwaliłam sobie słowo „arriba” którego użył tłumacząc mi jak mam iść. Idąc więc „arriba” pomyślałam że to kara za ten lans na bulwarze wraz z transmisją na żywo na fb ale okazało się, że widoki są… co tam będę pisać :) Drugi pan zaczepił mnie przy słynnym jak się okazało i bardzo ładnym domku królewskim (nie wiem, czy to się tak rzeczywiście nazywa) i pokazał mi nawet na swoim telefonie nagranie, jak przypływa fala i uruchamia na plaży przy tym domku coś w rodzaju fontanny. Muszę to przebadać. A może ktoś był i wie?

Trasa za San Sebastian była taka, jaką lubię najbardziej. Pół-dzika i przez las. Wolę kamienisto-błotnistą ścieżkę ze ślimakami bez muszelek idącą raz w górę, raz w dół niż płaską, ubitą drogę wzdłuż asfaltówki, a taką dziś też miałam. No dobra, ze ślimakami przesadziłam. Zwłaszcza, że ich dziś nie było. Cały czas szłam sama i właściwie nawet w zasięgu wzroku nie było ludzi, minęłam parę Hiszpanów, też pielgrzymów sądząc po tzw outficie, i widziałam w miarę świeże ślady po człowieku w postaci odciśniętych w błocie butów, ale nie widziałam, kto zacz. Dopiero jakieś 5 km przed Orio spotkałam dwóch gostków, jeden wyglądał jak młody wychudzony Rumcajs w rozmiarze xs i drugi, większy Amerykanin (bardzo łatwo ich rozpoznać po charakterystycznym akcencie, z jakim wypowiadają „buen camino”, przyjętą tutaj formę pozdrawiania się. Ba! Amerykanina bym rozpoznała nawet po samym „ola!”). Minęłam ich, ale Amerykanin, Rex, jak się przedstawił dogonił mnie zaraz i już do Orio doszliśmy razem konwersując a to o tym jakie to Portland jest obrzydliwie deszczowe miasto a to o tym, jak wyglądałoby życie południowoamerykańskich Indian gdyby nie reżim Hiszpanów w okresie inkwizycji. Tuż przed Orio dopadł nas deszcz i muszę, ale to muszę zaprezentować tutaj sposób, w jaki Rex nosi kurtkę deszczową. Na modlę konkwistadorską, rzekłabym, pozostając w temacie naszej rozmowy.

Orio jest bardzo ładnym miasteczkiem ze stromymi, wąskimi uliczkami oraz uprzejmym ludźmi. Jeden z nich nas zaczepił i powiedział, żeby uważać, bo jest bardzo resbaladizo Rex mówi po hoszpańsku i w momencie, kiedy pytałam go co znaczy resbaladizo (po raz kolejny w tym dniu ubogacając mój zasób słów w języku Cervantesa) wywinęłam takiego orła, że miałam wrażenie że na plecaku odbijam się od podłoża. Ale się nie odbiłam a Rex po dżentelmeńsku pomógł mi wstać. pewnie wtedy, jak leciałam endomondo odnotowało prędkość ponad 13 km/h! Rozstaliśmy sie w Orio, bo była juz prawie 15, miałam 18 km w nogach i postanowiłam zatrzymać sie na odpoczynek i obiad. Pewnie już się z nim (z Rexem a nie z obiadem) nie spotkam, bo wyciął do przodu a może być na Camino max 5 dni.

Za Orio kawałek tej durnej asfaltówki, póżniej droga wśród winnic aż znów złapałam kontakt wzrokowy z oceanem :)

W Zarautz uznałam, że wystarczy na dziś (i tak jutro pewnie z trudem wstanę), alberga miejska czynna od 1 lipca czyli od jutra, więc znów wylądowałam w hotelu. No ale znów nie było wyjścia. Wykąpałam się i poszłam jeszcze na mały spacerek nad ocean, bo to miasteczko to wspaniały kurort ze spektqkularną, szeroką plażą. Potem na lampkę wina, a teraz od stóp do głów nasmarowane voltarenem szykuję się do snu. Acha, bąbli na stopach na razie brak! Brzydkie buty dają radę, może dlatego, że w środku skarpety merynosowe a pod nimi krem secons skin. Dziękuje, Iwona :)

No i jeszcze dzisiejsza traska dla niedowiarków, Andrzej, wybierz sobie, który fragment był za Ciebie:

powered by EndomondoWPlogo

Jednak San Sebastian

Autobus przyjechał już po 23-ciej. Wszystko pozamykane, ostatni pociąg i ostatni autobus do Irun odjechały więc trzeba się było zabrać za szukanie jakiegoś noclegu na miejscu. W kilku okolicznych pensiòn miejsc już nie było, na 5*hotel jakoś nie miałam dziś ochoty :-) usiadłam więc na ławce w parku i zaczęłam szukać na booking.com. Znalazłam! jak przyszło do rezerwacji to się okazało, że muszę się zalogować, zresetować hasło bo zapomniałam, wpisać dane, również karty kredytowej, co każdy wie, że jest strasznie upierdliwe oraz może być ryzykowne siedząc w obcym mieście, daleko od domu, na ławce w parku tuż przed północą.

W każdym razie wszystko się udało, w odległości 850 m (wot tiechnika!) przy Zaragoza Plaza znalazłam OSTATNI wolny pokój hotelowy w tym mieście w 1* hotelu o oryginalnej i jakże zaskakującej nazwie Zaragoza Plaza :-)

Hotelik okazał się uroczy, czyściuteńki a ta jedna * wynika z tego, że wszystko w nim jest mikroskopijne. pokój ma może 10 m2 ale z łazienką. Ale z balkonem! Oraz z widokiem na Zaragoza Plaza.

Spacer do hotelu okazał się bardzo miły, miasto oszałamiająco ładne (mimo zmęczenia i lekkiego… hm… nadąsania) San Sebastian wykorzystalo swoją jedyną szansę zrobienia na mnie bardzo dobrego pierwszego wrażenia całkiem nieźle!

Ruszam więc jutro stąd wlaśnie. A raczej dzisiaj, tylko jak się trochę prześpię :-) Nie będę się cofać do Irun. I tak wyjdzie z 800…

Wszystko wina Tuska!

Ładnie się zaczęło, ale teraz drugą godzinę siedzę w samolocie, który jeszcze nie wystartował. Kapitan ogłosił, że loty są koordynowane z Brukseli (no wiadomo, kto tam urzęduje!) i mimo gotowości zaczniemy kołować dopiero koło 12.20. Nie ma już szans, żebym zdążyła na pociąg więc albo uda mi się kupić bilet na wieczorny lot do San Sebastian albo czeka mnie noche caliente w Madrycie i pociąg jutro. Wyraz! Wyraz! Wyraz!

Juz z Madrytu. Mój bagaż z nalepką „priority” wyjechał jako drugi z czeluści punktualnie o 16.05, czyli godzinie odjazdu pociągu. Ostatniego dzisiaj. Pożałowałam ponad 200€ na samolot i oto jestem w autobusie do San Sebastian i chyba już nie będę się cofać tych 20 km do Irun. Jeszcze tylko z pomocą Agaty (mucios gracias!) znajdę jakiś hotel a może od razu alberga? Dla niewtajemniczonych: alberga to schronisko dla pielgrzymów.

Już jutro!

Spakowana. Plecak waży 9,6 kg. Barrrrdzo dobry wynik :) W Warszawie leje żabami i wiatr jak nie wiem… Burza jak malowana. Obym w hiszpańskie upały nie zatęskniła za taką pogodą. Samolot jutro o 10.40, w Madrycie o 14.35. Jeśli zdążę na szybki tramwaj, który odjeżdża z terminalu 4 o 14.57, zdążę na pociąg o 16.05 z Chamartin (dworzec kolejowy w Madrycie). Jak nie zdążę, to nocleg w Madrycie i faktyczny start opóźnia się o jeden dzień, bo podróż z Madrytu do Irun pociągiem to pół dnia. Chyba mam reise fieber…

A to dostałam od Mamy na podróż. Taki dermacol na duszę :)