Dzień 32: Monte del Gozo – Santiago de Compostela

Rano musieliśmy sie zmierzyć z niezręczną sytuacją. Tuż za drzwiami do naszego pokoju stała standardowa w albergach szafka „zostaw, czego nie potrzebujesz, weź, co ci się przyda”. Przy tej szafce a właściwie przy drzwiach Carlos i Maria zostawili swoje buty (przestrzeganą przez wszystkich bez wyjątku zasadą jest zostawianie butów na zewnątrz – zwykle są na nie specjalne półki). Rano okazało się, że butów Carlosa nie ma. Któryś z kleryków je sobie musiał wziąć – przecież stały przy szafce! Jak udało mi się dodzwonić do albergi, to klerycy byli już w samolocie do Barcelony. Głupio wyszło. Carlos na początku strasznie się wkurzył. Musiał do Santiago iść w crocksach (crocsy + skarpety to podobno bardzo popularny zestaw na pielgrzymce do Częstochowy). Wypalił sam i zobaczyliśmy się dopiero prawie pod katedrą. Całe szczęście przemyślał temat i uznał, że to jest znak, żeby tym razem nie iść do Fisterre i atmosfera się oczyściła ale przez chwilę było ciężko. Ojjjj ciężko!

Pomnik pielgrzymów na Monte del Gozo. Stąd już widać wieże Katedry

W samym Santiago oczywiście ogromne wzruszenie. I wrażenie mimo, że w Katedrze remont a fasada w rusztowaniach. Portalu Chwały w ogóle nie widać a wejście jest od naw bocznych. Ale świętych drzwi nie otworzyli! Otwierają je na odpust w Roku Świętym i np. jak przyjeżdża papież. Ela pewnie będzie wiedzieć więcej :-) Pożałowalismy w każdym razie, że „rodzinnie” nie zrzucilismy się na przewodnika po katedrze bo wtedy byśmy się porządnie dowiedzieli wielu ciekawych rzeczy. Internet mi się rwał więc na bieżąco nie mogłabym sprawdzać. A z resztą i tak mam w zwyczaju mieć w kościele telefon w trybie samolotowym o ile nie wyłączony w ogóle.

Nie wiem dlaczego największe kolejki ustawiają się do objęcia od tylu (ekhmmm – do tego to się właśnie sprowadza!) umieszczonej w ołtarzu figury św. Jakuba. Dla mnie najważniejsze są relikwie, w krypcie pod ołtarzem. I tam chodziłam najczęściej porozmawiać z Santiago…

Znow miałam szczęście z Botafumeiro! Stawiliśmy się w komplecie na mszy o 12.00 i je uruchomili! Jak będę mieć więcej internetu to wstawię film (skoro jeden z koncelebrantów filmował z ołtarza to pomyslałam, że i mnie wolno! Zrobiłam nawet transmisję na żywo na fb) IMG_3189

To akurat widok z dołu. Pepe poleciał na górę pierwszy :-)

Maria znalazła nam w Santiago fantastyczną albergę! Co prawda za 18€ (w sensownej odległości od Katedry trudno znaleźć cokolwiek poniżej 15€) Dosłownie 20 m od Katedry. No może ze 200 m od wejścia, przy Camino wiec wychylając się z okna albo tarasu (tak! Jeden z pokojów miał super tarasik!) mogliśmy obserwować, kto przyszedł do Santiago, czyli mieliśmy coś w rodzaju prywatnego biura pielgrzymów. Kilkoro znajomych nawet wyhaczylismy :)

Po przyjściu do Santiago pierwsze kroki należy skierować oczywoście na  ogromny płac – Praza do Obradoiro, z którego jest główne (obecni zamknięte z powodu remontu) wejście do Katedry i przy którym jest też luksusowy hotel Parador. Poprzednim razem weszłam od razu do środka i prosto do krypty podziękować Świętemu za Drogę (jakoś nie lubię słowa „pielgrzymka”). Teraz są obostrzenia z powodów bezpieczeństwa i z plecakami wchodzić nie wolno. Na Prażą się stoi, chodzi, siedzi lub leży. Pojedynczo albo w grupach. Wypatruje się znajomych lub jest się wypatrywanym. Acha. I robi się zdjęcia. Nieprzebrane miliardy zdjęć :-)

Następnie idzie się do Biura Pielgrzymów po ostatnią pieczątkę w credencialu i compostellanę czyli „świadectwo ukończenia Camino” W zapiskach z Frances można znaleźć po co to i dlaczego. Compostellanę dostaje się za darmo a za 3 € można sobie kupić kolorowe poświadczenie przebytych kilometrów. Nie kupiłam sobie. Mam wszystko udokumentowane w credentiala czyli w paszporcie pielgrzyma.

Tak więc zrobiliśmy: najpierw Praza, później biuro, pózniej śniadanie, pózniej alberga, wszystko w takim czasie, żeby zdążyć na mszę w południe.

Endomondo już nie wstawiam. Ktoś nie wierzy, że te ostatnie 5 km przeszłam na piechotę?? No więc przeszłam.

 

Dzień 31: Arzua – Monte del Gozo. 35 km. Do Santiago 5 km

Długi dzień. Nudna droga. Tłumy i tourigrinos i peregrinos bo to już dwa ostatnie etapy przed Santiago, z czego zrobiliśmy więcej niż półtora. Smutek, że to już koniec i ogromne wzruszenie przy pomniku pielgrzymów na Monte del Gozo jak pierwszy raz zobaczyliśmy wieże katedry w Santiago de Compostela.

Zatrzymalismy się w tutejszej polskiej alberdze. Fatalnie, wręcz nieprzyjaźnie dla pielgrzymów zaprojektowanym kompleksie budynków ale za to z uczynnym wolontariuszami. Z Polski oczywiście. Natalia z Koreańczykami przyleciała jak na skrzydłach wcześniej i dostała łóżko na większej sali – oprócz niej śpi tam Pepiño i z sześciu a nawet ośmiu polskich kleryków a moze i księży (noszą koloratki sprytnie zamocowane do koszulek polo). Pepiño w sumie tez jak kleryk… ale ma towarzystwo :-) Pepe sie zawieruszył w tej ogromnej alberdze (400 czy nawet 500 łóżek) nieopodal – to jest ogromny teren! Chyba po to tak zaplanowany żeby sie jeszcze bardziej nachodzić ale główną klientelą są tutaj jednak tourigrinos –  nieopodal stoi kilka autokarów, wiec im wszystko jedno. My natomiast dostaliśmy pokój czteroosobowy, z dwoma piętrowymi łóżkami. Carlos szukał nawet minibaru, bo powiedział ze czuje sie jak w hotelu :-) Tyle ze na tym ogromnym terenie nie działa żaden bar ani sklep a kuchnia w alberdze była nieczynna! A Federico miał dzis gotować!

Po sjeście więc kolacja w pobliskim (jedynym w okolicy!) barze i wycieczka na wzgórze, skąd juz widać wieże Katedry.

Jutro tylko 5 km wędrówki i … koniec.

Coś się nie ładują zdjęcia… mapkę też zrobię kiedy indziej.

Dzień 30: Sobrado dos Monxes – Arzua, 22 km, do Santiago już tylko 40 :(

Pięknie nam się dzień zaczął. Umówiliśmy sie, że nie ważne kto o której wstanie i stawi sie na śniadanie w barze ale o 7.00 ruszamy w drogę. Ruszyliśmy chyba o 7:20 więc no dramas. Byłam druga po Carlosie. Mówię: ale zdjęcie ci super pokażę! Carlos na to: nie! Ja ci pokażę lepsze! Zaraz wpada Pepińo: ale mam fantastyczne zdjęcie – mówi i tak wszyscy po kolei. Wierze kościoła przy klasztorze były oświetlone reflektorem, który był ustawiony w taki sposób, że przechodzące osoby rzucały na mury klasztorne ogromne cienie. Założę się, że zdjęć z tego miejsca w internecie jest mnóstwo! Moje oczywiście najlepsze :-)

Dziarsko się nam dziś szło całym hiszpańsko-włosko-polsko-koreańskim klanem. Sporo padało ale różnice rasowe zostały wyrównane przez peleryny przeciwdeszczowe i rzeczywiście wyglądaliśmy jak rodzina. Przez całą drogę wymienialiśmy wrażenia z noclegu w klasztorze w Sobrado nie licząc na nic specjalnego w Arzua. Pojawiały sie nawet głosy ze ta cała Arzua niezaspecjalna jest. To pierwsze miejsce, gdzie Norte łączy się z Frances i Primitivo i rzeczywiście miasto pielgrzymami stoi. Jest co najmniej 10 alberg ale nam udało sie zatrzymać w municypalnej bo byliśmy na miejscu juz koło południa. Prysznic, drzemka, obiad, wspólne rodzinne pranie i suszenie w maszynach. Teraz klan zarządził czas wolny ale wcześniej odbyła się narada rodzinna. Stanęło na tym, że robimy jutro „epic day” wiec wstajemy raniutko i tniemy 35 km do Monte de Gozo. Jeszcze moze jakaś lampka wina dziś przed snem ale po kilkudniowym menu peregrino nie mam już siły na nic.

Nic względem Arzua nie pamietam z poprzedniego razu. W notatkach mam tylko, że tędy przeszłam ale się nie zatrzymywałam. Przeszłam sie trochę po okolicy. Muszla, symbol Camino – nadużywana. Jest na każdej restauracji, sklepie, nawet taksówkach. Rzeczywiście widzi sie mnóstwo zarówno pielgrzymów jak i pielgrzymi-turystów. Podobno budżet Arzua jest na nich (na nas!) oparty.

Z Monte de Gozo pamietam ten brzydki pomnik Jana Pawła II i alberge na 400 osób, która podobno rozrosła się do 500. Pewnie tam jutro będziemy nocować. Plan jest tez taki, żeby do Santiago wejść następnego dnia o wschodzie słońca. Podsunął go nam Pepiño, który z pewnością, zgodnie z życzeniem klanu zostanie pierwszym pochodzącym z Dalekiego Wschodu papieżem. Musi tylko uwierzyć w swoje siły. Ma dopiero 26 lat, wiec się wyrobi. I czasowo i mentalnie. Dostanie od nas zadanie, żeby zawiadomić Natalię o planach na jutro.

powered by EndomondoWPlogo

Dzień 29: Miraz – Sobrado dos Monxes, 25 km, jakieś 60 km do Santiago

No i na koniec zrobiła nam się rodzina, która co chwila się powiększa. Byliśmy sobie we czwórkę: ja, Maria, Carlos i Federico. Wczoraj dołączył do nas Pepe a dziś rano, mimo że strasznie marudzilismy z wyjściem, Pepiño w pełnej gotowości czekał na nas. Może dlatego, że panowie obiecali mu wczoraj, że go nauczą jak się stać prawdziwym hiszpańsko – włoskim mężczyzną. Jutro dołącza do nas Natalia bo dziś jakieś horrory po drodze przeżywała i lepiej, żeby szła w towarzystwie.

Droga jak droga. Ładna jak zawsze, z najwyższym punktem na całym Camino.

Absolutnym hitem dzisiejszego dnia jest jednak klasztor i kościół w Sobrado dos Monxes. Poszukajcie w internecie, bo warto. Stałam jak wryta w kościele i próbowałam sobie wdrukować w świadomość to, co widzę i czuję. Coś niebywałego! Zrobiłam bardzo dużo zdjęć ale chyba lepiej obejrzeć profesjonalne. W klasztorze jest alberga, w której się zatrzymaliśmy. Niebywała alberga. Poszliśmy na wieczorne vespers czyli śpiewy i modlitwę ale na nonę już chyba nie pójdziemy. To już pora spania a chcemy rano wyjść bo cel na jutro to Arzua, pierwsza wspólna dla Camino Del Norte i Camino Frances miejscowość więc będzie tłok. Poza tym po 13-tej – 14-tej już ciężko iść. Ciekawe, czy pamiętam Arzua. Byłam tam przecież 5 lat temu.

A co do finiszu naszej wędrówki to fasada katedry w Santiago jest w remoncie nie będzie więc spektakularnego zdjęcia triumfu. Carlos mówi że nie szkodzi, i tak nie będziemy nic widzieć bo nasze oczy będą zalane łzami!

powered by EndomondoWPlogo

 

Dzień 28: Vilalba – Miraz, 34 km, do Santiago 85 km

Od wczoraj szykowaliśmy się do ponad trzydziestokilometrowego odcinka, który przeszliśmy dzisiaj. Maria dała się złapać na durny ale nie wiem dlaczego bawiący nas do łez włoski dowcip „cavallo” i oprócz wypicia swojego wina duszkiem miała rano zrobić śniadanie, co oznaczało pobudkę o 5.00. Zainteresowanym wyjaśnię o co chodzi z tym cavallo ale uprzedzam, że głupie to strasznie :-) Postanowiłam wspomóc Marię i wstałam o 5.15. Zrobiłyśmy wspaniałe śniadanie, którego zazdrościła nam ta cześć mieszkańców albergi, która juz też wstała (była nawet jajecznica z jajek, które zostały po wczorajszej tortilli) i o mały włos byśmy sie przy nim zasiedzieli ale w porę sie opamiętalismy i o 6.15 byliśmy w drodze. Dziarsko nam sie maszerowało od baru do baru i snuliśmy scenariusze, jakie to spektakularne zdjęcie zrobimy sobie wspólnie koło słupka z napisem „100 km do Santiago” co by wypadało mniej więcej w Baamonde ale danego słupka nie stwierdziliśmy, co bardzo nas wszystkich rozczarowało. Rownież z niejakim smutkiem patrzyliśmy na zbyt szybko zmniejszającą się odległość do celu.

Po drodze spotkaliśmy „naszych” Niemców, którzy zasługują tu na oddzielną opowieść i oczywoscie zrobiliśmy sobie z nimi z Federico zdjęcie. Spotkaliśmy też bratnich Koreańczyków, którzy na potrzeby Camino przybrali europejskie imiona Juan i Joseph (jest jeszcze trzeci, Henry, ale idzie z Irlandczykami). Carlos w ogóle stwierdził, że Juan i Joseph to zbyt poważnie dla młodych chłopaków i od jakiegoś czasu wszyscy wołają za nimi: Pepe i Peppino :-)

Nie mitrężylismy czasu po drodze lecz zgłębiajliśmy na wzajem nasze języki ojczyste, Federico nauczył nas dziś np. bardzo pożytecznego zwrotu „baciami, stupidino’ albo „stupidina”, zależy do kogo się zwraca, który miałam przetestować na pobliskich pielgrzymach, ale Niemcy ani Koreańczycy wtedy jeszcze nie nadchodzili a na prawdziwym Włochu (Italiano vero) nie chciałam wymawiając się niedoszlifowanym akcentem.

w kwestiach lingwistycznych to chciałam się pochwalić, że tłumaczyłam dziś z niemieckiego na hiszpański z całkiem dobrym skutkiem, bo Niemcy było zadowoleni z tego, co dostali w barze na śniadanie :-)

W kwestiach innych pielgrzymów to niestety już zrobiło się tłoczno na szlaku, na co drugim domu informacja, że można tu przybić pieczątkę do credentiala. Spotkałam parę nieznanych mi wcześniej Polaków, którzy idą od Leon przez Oviedo szkalkiem Camino Salvador, o którym wcześniej nie słyszałam.

Dotarlismy do Miraz z zapasem sił ale dosyć zmęczeni jednak, wiec zaraz po prysznicu i przepierkach zalegliśmy w pobliskim barze, gdzie uzupełniając elektrolity doczekaliśmy do 19-tej, od której wydawali „menu peregrino” no i zaraz spać.

Jutro w planie 25 km o nocleg w klasztorze… znów nie będzie okazji sprawdzenia w życiu nowo nabytych zwrotów w j. włoskim.

Dopisek z rana dnia następnego: Moje towarzystwo jeszcze śpi albo sie pakuje a ja jem śniadanie w towarzystwie… Peppino, który nie wiem, jakim cudem sie tu znalazł. Może wziął sobie do serca deklaracje Carlosa i Federica, że nauczą go, jak być prawdziwym śródziemnomorskim, włosko- hiszpańskim bykiem :-))

W tle chóry gregoriańskie. Alberga ma specyficzny klimat. Jest nowoczesna i dobrze wyposażona, prowadzi ją grupa wolontariuszy – wygląją na dosyć wczesnych emerytów- przedstawicieli Brytyjskiego Braterstwa Św. Jakuba. Wprowadzają ciepły, wyjątkowy, duchowy klimat, którego jednak miejskim albergi brakuje. Cena: donativo. Jest śniadanie: chleb, margaryna, dżem i kawa. No ok. Wszyscy sie zeszli. Jemy i w drogę!

Mapkę z endomondo wstawię kiedy indziej bo mnie wkurzyło! Znów obcięło mi co najmniej 2 o ile nie 3 km!