Dzień 2: Zarautz – Deba, mapa: 24,2, endomondo: 25,2

Oszczędzę Wam dzisiaj zdjęć wzburzonych fal oceanu rozbijających się z impetem o nabrzeże, bo to nudne jest :-) Szlam w takiej scenerii do Getarii, czyli jakieś 3 km, zastanawiając się czy tyle samo piasku z siebie wypłuczę w wyniku działania tych fal co wczoraj. Płukanie to żaden problem, problemem jest niesienie bez sensu dodatkowego pół kila tego piasku. Pogoda była idealna! Cały dzień albo było pochmurnie, albo zacinało albo wręcz lało. Bardzo dobrze się idzie przy takiej pogodzie a każdy wie, że deszcz działa mi na urodę (pozytywnie) a nie na nerwy (negatywnie).

Niełatwo było mi iść tych 25 km bo cały czas poza pierwszym odcinkiem albo ostro pod górę albo stromo w dół. Szłam całkowicie samiuteńka, przez dwa straszne lasy (w jednym ścieżka usłana bobkami z pewnością dzikich zwierząt) ale dałam radę.

Nareszcie natomiast zaczynam wieść życie prawdziwego pielgrzyma, bo zatrzymałam się w alberdze municypalnej prowadzonej przez wolontariuszy. Nocleg: całe 5 €. Na kolację „menu peregrino” z dwiema tym razem lampkami vino tinto (10€) w bardzo miłym towarzystwie pary Australijczyków od których zaraz idę sępić olejek eukaliptusowy na zakwasy ale za to dałam im sfotografować naszą polską stówę (100 zł) z obu stron! A co! Niech mają! A propos eukaliptusów to mijałam dziś zagajnik nimi porośnięty. Ależ pięknie pachniało! Nie konweniował mi natomiast zapach gnojówki z widokiem palm i majaczącego w oddali oceanu. Jakiś zgrzyt w tej kompozycji zmysłowej wyczuwałam, ale może jakaś dziwna jestem…

Alberga, poza tym, że znajduje się w starym budynku dworca kolejowego i wciąż na parterze można kupić bilety ale na piętrze już rządzi Nancy z Colorado, która od 3 dni prowadzi to schronisko. O ile Nancy wyrzuca z siebie informacje z prędkością karabinu maszynowego, o tyle jej mąż, bodajże Dave siedzi z miną sfinksa i prawie się nie odzywa. Nancy (ma wszystko w kolorze Lilla. Nawet laptop, oprawki okularów nie mówiąc juz o pokrowcu na telefon!) przydzieliła mi łóżko (udało się na dolnym decku i przy oknie), wykąpałam się, ubrałam w strój , który funkcjonuje u mnie jako piżama i poszłam do pobliskiego baru na kolację. Tam spotkałam Australijczyków. Po powrocie minimalne pranie, które uprzejma Nancy wrzuciła do wyżymaczki, więc wyjęłam prawie suche. Wyżymaczka po ang nazywa się spinner. Słówka hiszpańskiego nie przyswoiłam sobie dziś żadnego.

Acha, i widziałam dzis wreszcie prawdziwego, niestarego za bardzo Baska w stroju organizacyjnym, tj w czarnym berecie na głowie. Przystojny był :) Bask a nie beret ofkors!

i jeszcze donos z endomondo: 

powered by EndomondoWPlogo

 

7 myśli nt. „Dzień 2: Zarautz – Deba, mapa: 24,2, endomondo: 25,2

  1. Kasiu droga,
    Dopiero co ochłonęłam po emocjonujących dniach z wynikami matur, więc dokładniej wczytuję się w Twoje pielgrzymie opisy. Nie ma bąbli=jest dobrze. Widać buty im brzydsze tym lepsze. Na co dzień pozostanę przy tych gorszych.
    Matura poszła tak dobrze, że na szczęście zaoszczędzimy na opłatach rekrutacyjnych (dziecko ma ponad 40 pkt. „zapasu”). Nikogo to nie dziwi oprócz samej zainteresowanej. O dziwo nie ryczała, jak zaraz po egzaminach – chociaż mogłaby łzę uronić nad chemią.
    Jeśli chodzi o ślimaki bez skorupek (guru Ania twierdzi, że to się zwie pomrów) to wg. tego samego guru mają najwięcej zębów wśród wszystkich zwierząt – coś chyba 40 tysięcy. Strach człowieka przed tym potworem jest więc jak najbardziej uzasadniony (nie muszę chyba pisać kto nie jest, podobnie jak Ty, fanem tych słodkich zwierzątek). Życzę Ci, żeby ich nie było.

    • Reniu! Gratuluję dziecka Ania nawet nie w temacie matury, bo byłam pewna, że pójdzie jej doskonale ale w temacie ślimaka, bo tu mnie zaskoczyła. Dopytaj się tylko, czy jest pewna rzędu liczby zębów, bo ja u żadnego nie widziałam ani jednego! Dziś dla odmiany widziałam sporo pustych skorupek. Nie wiem, czy to nie za sprawą jednego Francuza, który szedł przede mną a któryego nie widziałam w barze na śniadaniu. Buen Camino!

  2. Kasiu, bardzo spodobała mi się Twoja definicja „pogody idealnej”: cały dzień pochmurnie, zacinający deszcz, albo wręcz ulewa – bo takie warunki sprzyjają urodzie!!!
    Kiedyś, jeszcze przed 60. laty, też lubiłem chodzić w deszczu. Upodobanie przeminęło z młodością. Niech Twoja trwa!

  3. Hihi! To nie była wyżymaczka, a wirówka (centrifuga). Dave był spięty cały czas, kontrolował nawet kto i kiedy się myje…hehe… Osobiście nie polubiłam tego albergue, nie doceniam miejsc, gdzie nie można zrobić sobie nawet herbaty… :P

    • Gabi, oni tam chyba drugi czy trzeci dzień byli na stanowisku! Mnie się podobało, mimo, że mnie Dave nie kontrolował pod prysznicem ;-) a herbaty na camino mnie wypiłam ani jednej – bar był niedaleko :-) Btw, czy Ty jesteś ta Gabi, która szła z Danielem i ja Was nie mogłam dogonić a potem strasznie się ucieszyłam, jak Was spotkałam w Santiago???

      • Pewnie, że to my :) Dave nawet sprawdzał jak pierzemy skarpetki hihih. O herbacie mówiłam raczej w sensie symbolicznym. Na francuskiej drodze mieliśmy szczęście do albergow, oryginalne miejsca, fantastyczni hospitalierzy… Na północnej…no cóż…tylko euro i euro od pielgrzymów. Droga powinna być dla wszystkich, dla tych co mają euro i dla tych co mogą sobie pozwolić co najwyżej na zupkę chińską :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *