Dzień 28: Vilalba – Miraz, 34 km, do Santiago 85 km

Od wczoraj szykowaliśmy się do ponad trzydziestokilometrowego odcinka, który przeszliśmy dzisiaj. Maria dała się złapać na durny ale nie wiem dlaczego bawiący nas do łez włoski dowcip „cavallo” i oprócz wypicia swojego wina duszkiem miała rano zrobić śniadanie, co oznaczało pobudkę o 5.00. Zainteresowanym wyjaśnię o co chodzi z tym cavallo ale uprzedzam, że głupie to strasznie :-) Postanowiłam wspomóc Marię i wstałam o 5.15. Zrobiłyśmy wspaniałe śniadanie, którego zazdrościła nam ta cześć mieszkańców albergi, która juz też wstała (była nawet jajecznica z jajek, które zostały po wczorajszej tortilli) i o mały włos byśmy sie przy nim zasiedzieli ale w porę sie opamiętalismy i o 6.15 byliśmy w drodze. Dziarsko nam sie maszerowało od baru do baru i snuliśmy scenariusze, jakie to spektakularne zdjęcie zrobimy sobie wspólnie koło słupka z napisem „100 km do Santiago” co by wypadało mniej więcej w Baamonde ale danego słupka nie stwierdziliśmy, co bardzo nas wszystkich rozczarowało. Rownież z niejakim smutkiem patrzyliśmy na zbyt szybko zmniejszającą się odległość do celu.

Po drodze spotkaliśmy „naszych” Niemców, którzy zasługują tu na oddzielną opowieść i oczywoscie zrobiliśmy sobie z nimi z Federico zdjęcie. Spotkaliśmy też bratnich Koreańczyków, którzy na potrzeby Camino przybrali europejskie imiona Juan i Joseph (jest jeszcze trzeci, Henry, ale idzie z Irlandczykami). Carlos w ogóle stwierdził, że Juan i Joseph to zbyt poważnie dla młodych chłopaków i od jakiegoś czasu wszyscy wołają za nimi: Pepe i Peppino :-)

Nie mitrężylismy czasu po drodze lecz zgłębiajliśmy na wzajem nasze języki ojczyste, Federico nauczył nas dziś np. bardzo pożytecznego zwrotu „baciami, stupidino’ albo „stupidina”, zależy do kogo się zwraca, który miałam przetestować na pobliskich pielgrzymach, ale Niemcy ani Koreańczycy wtedy jeszcze nie nadchodzili a na prawdziwym Włochu (Italiano vero) nie chciałam wymawiając się niedoszlifowanym akcentem.

w kwestiach lingwistycznych to chciałam się pochwalić, że tłumaczyłam dziś z niemieckiego na hiszpański z całkiem dobrym skutkiem, bo Niemcy było zadowoleni z tego, co dostali w barze na śniadanie :-)

W kwestiach innych pielgrzymów to niestety już zrobiło się tłoczno na szlaku, na co drugim domu informacja, że można tu przybić pieczątkę do credentiala. Spotkałam parę nieznanych mi wcześniej Polaków, którzy idą od Leon przez Oviedo szkalkiem Camino Salvador, o którym wcześniej nie słyszałam.

Dotarlismy do Miraz z zapasem sił ale dosyć zmęczeni jednak, wiec zaraz po prysznicu i przepierkach zalegliśmy w pobliskim barze, gdzie uzupełniając elektrolity doczekaliśmy do 19-tej, od której wydawali „menu peregrino” no i zaraz spać.

Jutro w planie 25 km o nocleg w klasztorze… znów nie będzie okazji sprawdzenia w życiu nowo nabytych zwrotów w j. włoskim.

Dopisek z rana dnia następnego: Moje towarzystwo jeszcze śpi albo sie pakuje a ja jem śniadanie w towarzystwie… Peppino, który nie wiem, jakim cudem sie tu znalazł. Może wziął sobie do serca deklaracje Carlosa i Federica, że nauczą go, jak być prawdziwym śródziemnomorskim, włosko- hiszpańskim bykiem :-))

W tle chóry gregoriańskie. Alberga ma specyficzny klimat. Jest nowoczesna i dobrze wyposażona, prowadzi ją grupa wolontariuszy – wygląją na dosyć wczesnych emerytów- przedstawicieli Brytyjskiego Braterstwa Św. Jakuba. Wprowadzają ciepły, wyjątkowy, duchowy klimat, którego jednak miejskim albergi brakuje. Cena: donativo. Jest śniadanie: chleb, margaryna, dżem i kawa. No ok. Wszyscy sie zeszli. Jemy i w drogę!

Mapkę z endomondo wstawię kiedy indziej bo mnie wkurzyło! Znów obcięło mi co najmniej 2 o ile nie 3 km!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *