Dzień 33 i 34, Santiago de Compostela

Lepiej jednak po Camino kupować bilet do domu jak już się wie, kiedy będzie się w Santiago. Ale dobrze też spędzić trzy dni w tym niebywałym mieście, jak bilet na sierpień kupiło się w marcu bez opcji zmiany terminu na dodatek. Przyszliśmy całą „rodziną” w poniedziałek z rana. Rozwinęłam się nieco w poprzednim wpisie więc można poczytać, co się działo w poniedziałek.

Tim, jego mama, która dzielnie przeszła całe Camino a tej pani w fioletach nie kojarzę :-)

Wczoraj i dzisiaj: odsiedzenie swojego na Praza do Obradoiro i okolicznych schodach, wzruszające spotkania z ludźmi, których poznało się po drodze, niezliczone kawy w okolicznych barach przed południem i lampki wina po południu, obowiązkowa kolacja w Casa Manolo, w poniedziałek wieczorem a raczej w nocy fantastyczny koncert porządnego współczesnego rocka w cieniu dostojnej Katedry (jakoś jedno z drugim się nie pogryzło) i tak zleciało.

Nasze sekrety tu są schowane :-)

Szwędając się po mieście z Marią i Frederico (już nie wiem, co się z resztą wtedy działo) trafiliśmy do niezwykłego, pięknego miejsca. Ogrodu przy hotelu Costa Vella gdzie wypiliśmy po lampce wina w altanie z winorośli. Zwisały z nich spore, ale jeszcze niedojrzałe oczywiście grona. Szkoda, że jest mała szansa, że wrócę tu w październiku :-) Federico wymyślił, żebyśmy napisali na kartkach nasze myśli, hasło, marzenie, czy plan. Napisaliśmy i schowaliśmy to w szczelinie w murze. Ciekawe czy   będzie szansa sprawdzić, czy nasz „sekret” ciągle tam tkwi. I kiedy. Kto wie… Miejsce w każdym razie  magiczne. Ale nocować tam nie będziemy, bo co alberga to alberga jednak ;) Federico chciał, żeby to była nasza tajemnica ale za późno! Już dałam info na fb że się zameldowałam w Costa Vella. Normalnie wyszłam na enfant terrible 😬 A teraz jeszcze opisałam ten sekret tutaj 😬

Winny dach nad naszym stolikiem

Wczoraj wieczorem odprawiliśmy na lotnisko Natalię i Federica, dziś z rana Pepe i Pepiño polecieli na autobus do Barcelony, bo jeszcze jakieś 2 tygodnie zostają w Europie i mają trochę zwiedzania, koło 16 na nocny pociąg do Logronio poszli Maria i Carlos a ja się przeniosłam w absolutne luksusy, czyli do hotelu Palacio del Carmen z sieci należącej do Marriotta. To bardzo miły aspekt mojej pracy, że dzięki współpracy z najlepszymi hotelami mam czasem możliwość mocowania w nich za free. Pomyslałam, ze po ponad miesiącu spania w albergach przyda mi sie taka nagroda na koniec ale jakos mi tu nieswojo… łóżko wielkości lotniskowca, łazienka tylko dla mnie, prysznic gdzie moge łac wodę bez ograniczeń, wielka wanna w której mogę spędzać tyle czasu ile chcę, tarta de Santiago na przywitanie… coś w tym wszystkim było nie tak, wrzuciłam wiec plecak w te luksusy i poszłam znów na Obradoiro. To niecały kilometr. Co to dla mnie, 15 razy mogłabym tak latać w jedną i drugą stronę :-) Więc wróciłam się wykąpać i poleciałam pod Katedrę jeszcze raz! A niby wszystko takie perfekcyjne w tym hotelu a jednak z lustrami coś nie tak. Małe w łazience powiększa a to w przedpokoju jakoś wyciąga… dziwne, dziwne!

No ale porządna kąpiel to było coś! W pokoju mam głośnik, przez ktory moge puszczać muzykę z telefonu. Uruchomiłam wiec ze Spotify moją ulubioną playlistę z najbardziej chyba obciachowym piosenkami z minionej słusznie epoki. Hotel albo jest pusty albo grube klasztorne mury (o tym za chwile) dobrze wyciszają jak oczywiście śpiewałam sobie do tego na głos. W niektórych piosenkach z mojej playlisty umiem śpiewać wszystkie głosy na raz! Nie chcielibyście tego słyszeć :-))

Muzyka sobie grała a ja śpiewając próbowałam jakoś doprowadzić sie do stanu poprzedniego. Moze w nie wszystkich aspektach ale np. szorując paznokcie szczoteczką do zębów (hotel udostępnia dental kit) czy wsmarowując w siebie specyfiki firmy (podobno bardzo luksusowej) Germaine de Capuccini, które w dużych ilościach acz małych opakowaniach znalazłam na blacie w łazience. Męskie wykorzystałam do pięt, mam nadzieję, że nie wyrosną mi na nich włosy. Paznokcie doszorowalam ale okazało się, że zarówno nożyczki jak i pilniczek gdzieś sie po drodze zawieruszyły. Maria przewidywała któregoś upalnego dnia, że będziemy musiały pożyczyć karchery, żeby zmyć  z siebie skutecznie pielgrzymi kurz. Może trochę przesadziła, ale ktoś kto ma mocno wystandaryzowane wymagania dotyczące może nie tyle higieny, co pielęgnacji może czasem w alberdze nie dać rady. Generalnie nie było źle, ale czasem jak była terma, to wypadło zmywać trud przebytych danego dnia dwudziestokilku kilometrów w raczej chłodnej wodzie.

Wykąpana i nasmarowana ale jednak w ubraniu tym co zawsze od miesiąca, nawet nie tak dawno pranym zeszłam do recepcji wydrukować karty pokładowe. Trafiłam na miłego recepcjonistę z którym się zagadałam o Camino oczywiście. Zeszła się prawie godzina ale miałam ekskluzywne zwiedzanie hotelu, który jest w budynku po starym klasztorze a jadalnia w dawnym kościele. Jakby był 1 prysznic na 120 osób, to czułabym się prawie jak w alberdze w Sobrado dos Monxes. Taki żarcik :-) Hotel ma też ogród z którego jest widok na katedrę . Okna mojego pokoju wychodzą też na ogród i katedrę byłoby widać gdyby nie jedno rozłożyste drzewo, które ją zasłania. Jednak wolę drzewo niż katedrę. Nawet TĘ katedrę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *